Usprawiedliwienie

W ostatnim miesiącu byłam trochę zajęta. Nie tylko dużo latam, ale również przeprowadziłam się z mojej cudownej wioski hinduskiej – o której wspomniałam w poprzednim poście, do Miasta. Mój apartament znajduje się teraz przy długiej, biegnącej niemal przez cały emirat, bardzo popularnej ulicy noszącej dumną nazwę „Sheikh Zayed Road”. Nazwa oczywiście na cześć jednego ze wspaniałych władców the UAE imieniem Zayed, którego ojcem był Sultan Al Nahyan (Zayed bin Sultan Al Nahyan tak brzmi jego imię, gdzie „bin” po arabsku znaczy to samo co „Mc” po szkocku, czyli „syn” [son of]). Widok z 24 piętra powala, lokalizacja jest tak idealna, że trudno o idealniejszą…

Kiedy wyprowadzasz się na „swoje” (nawet jeśli tylko wynajmowane 😉 ) nie jesteś jedynie podekscytowany i zadowolony, ale również masz zapał do meblowania swojej przestrzeni. Ja oczywiście energię i chęci miałam, ale „cudowny” customer service, który swoją drogą gorszy już chyba być nie może, odebrał mi możliwość cieszenia się z wydawania pieniędzy na meble i inne wspaniałe dodatki do domu. I tak oto obydwie moje współlokatorki niemal kompletnie się urządziły, a ja wciąż nie mam nawet łóżka w pokoju. Swoją drogą pracownicy tutejszej Ikea będący, jak ich koledzy-rodacy w całych Zjednoczonych Emiratach Arabskich, ekspertami w podejściu I don’t give a shit pracowali zawzięcie, aby zepsuć w moich oczach wizerunek, nad którym Ikea ciężko pracowała od początku rozpoczęcia działalności.

 

Po za przeprowadzką i walką o meble oraz prażowaniem (pracowaniem i podróżowaniem w jednym) dołożyłam sobie ostatnio troszkę więcej pracy, gdyż zdecydowałam się opublikować moją pierwszą książkę. Oczywiście nie mogę oddać pliku „o tak” do wydawnictwa i po kilkunastu tygodniach otrzymać książkę gotową, wydrukowaną, opublikowaną.

Po pierwsze tak się nie godzi, po drugie nie ma takiej opcji. Innymi słowy dużo pracy przed nami, ale mam nadzieję, że efekt będzie powalający.

 

„Brak czasu” postrzegam jednak jako najtańszą wymówkę, którą tłumaczyć możemy niemal wszystko. Pod koniec życia spojrzymy za siebie ze smutkiem, westchniemy i wyszepczemy: nie miałam czasu, aby żyć. Jaka szkoda….

Przegapienie przygody to chyba myśl najbardziej mnie przerażająca. To obawa niepozwalająca mi siedzieć w domu, albo w hotelu, i pisać… Ale najlepsze historie inspirowane są przecież doświadczeniem! Powstać mogą jedynie, gdy się zwiedza, odkrywa… żyje, a nie ukrywa przed światem w bezpiecznym schronieniu. Dlatego właśnie teraz zamykam laptop i wyruszam na podbój Glasgow. Pierwszy przystanek: Buchanan Street i oczywiście Christmas Market, jak to na sezon przystało. 🙂

Almadinat Aldhdhahabia – Złote Miasto

Dawno, dawno temu w obszarze geograficznym nazywanym przez niektórych „Bliskim Wschodem”, tuż nad Zatoką Arabską była sobie mała wioska rybacka, której mieszkańcy częściej niż ryby wyławiali z morza perły. Miejscowość nie wyróżniała się pod żadnym względem. Nie była atrakcyjna turystycznie ani zarobkowo. Ot, zwyczajna pustynia z tym, że z portem i z perłami…

50-siąt lat temu, w 1966 roku, na terenie tejże niewielkiej i niezamożnej arabskiej miejscowości odkryto złoża ropy…

W roku 1971 roku, po wycofaniu wojsk brytyjskich z tego obszaru oraz terenów sąsiadujących, 7 księstw połączyło się tworząc nowe państwo…

Obecnie po owej małej wiosce nie zostało ani śladu. Na jej miejscu błyskawicznie, budynek po budynku, wyrosło wciąż prężnie rozwijające się miasto – jedna z najszybciej rozwijających się aglomeracji na świecie, a tym samym centrum emiratu współtworzącego jeden z najbogatszych krajów świata. Główne źródło dochodu miejscowych zmieniło się tak samo jak środek transportu. Wielbłądy bowiem zamienili na samochody Ferrari bądź Porsche.

 

Błyskawiczny rozwój Dubaju oraz całych Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie był przypadkiem, a starannie przemyślaną decyzją. Oczywiście, bez złóż ropy naftowej i gazu ziemnego imponujący rozkwit państwa nie byłby możliwy. Mądre decyzję szejków oraz umiejętność dostrzeżenia i wykorzystania okazji ma jednak kluczowe znaczenie przy aktualnej kondycji UAE, a w szczególności Dubaju. Złoża naturalne znajdujące się na jego terenie są na wyczerpaniu, nie jest to jednak duży problem, gdyż stanowią one niewielki ułamek (ok.6%) wartości PKB kraju.

Szejk Rashid bin Saeed Al Maktotum świadomy ulotnej natury gazu i ropy postanowili zadbać o to, aby Dubaj pozostał „światową metropolią” nawet po wyczerpaniu złóż. Dołożył wszelkich starań, aby port w mieście stał się jednym z największych portów w tym rejonie. Ponadto otworzył emirat na świat czyniąc z niego atrakcyjny punkt pod względem handlowym oraz finansów i bakowości. Obecnie główne wpływy Dubaju pochodzą z wolnej strefy ekonomicznej Jabel Ali a także z turystyki.

 

Szok kulturowy

Gdy 5-tego lutego bieżącego roku przyleciałam do Dubaju miałam pewne wyobrażenie miasta, do którego się przeprowadzałam jednak moja wiedza nie była zbytnio imponująca. Nie znałam krzty historii, a o kulturze arabskiej wiedziałam tyle, co wie przeciętny Europejczyk niemający bezpośredniej styczności z tym światkiem. Każdy z nas słyszał o Szariacie – „drodze prowadzącej do wodopoju”, czyli najwyższym prawie i religii normującej życie wyznawców islamu. Mało kto wie, że nie istnieje jeden Szariat, a sędzia dokonujący osądu ma bardzo duże pole do manewru. Czy to dobrze, czy źle? Cóż… to zależy właśnie od sędziego. Niemniej wiedziałam, że w krajach arabskich panuje „jakiś tam szariat”, a kobiety mają w gruncie rzeczy trochę przerąbane.

Mimo to zdecydowałam się wyprowadzić. Nie trzeba przeklikiwać miliona stron w Internecie, aby zorientować się, iż Dubaj jest „modernistycznym miastem”, „rajem na ziemi” a większość rezydentów to obcokrajowcy. Nie powinno być problemu, prawda? Po kilku miesiącach pobytu, kiedy ochłonęłam a zagnieżdżone w głowie stereotypy zaczęły powoli ustępować, zorientowałam się, że kobiety w Dubaju nie mają wcale tak źle. W niektórych aspektach są nawet uprzywilejowane. Mamy ladies night, osobne strefy w metro czy kolejki w niektórych sklepach i urzędach… I wtedy właśnie doznałam szoku.

Szoku doznałam również wtedy, gdy uzmysłowiłam sobie, że najbardziej skorzy do przedmiotowego traktowania kobiet nie są jedynie Emiratis, lecz ekspaci. To jednak kompletnie odrębny temat pełen rozmaitych odcieni i poświat, który był już przeze mnie poruszony na blogu i pewnie jeszcze niejednokrotnie będzie.

Wróćmy to przyjemniejszych spraw, a mianowicie do zwiedzania.

Pustynia
Pustynia

Odkrywając Złote Miasto

Prawdę powiedziawszy, tamtego późnego lutowego wieczora opuszczając pokład Boeinga 777-300 wraz z 10 innymi rekrutami z Polski nie wiedziałam czego się spodziewać. Po odbębnieniu szeregu formalności zostałam zawieziona do miejsca zakwaterowania – apartamentu, który miał stać się moim domem. Jadąc z lotniska do dzielnicy o nazwie Al Nahda, gdzie miałam się osiedlić, zmęczonymi oczyma, lecz uważnie przyglądałam się widokom. Mijane budowle nie były tak imponujące jak być powinny. Kluczyliśmy uliczkami między placami budowy, budynkami i wielopoziomowymi garażami aż w końcu się zatrzymaliśmy. Kierowca wypakował moje walizki i odjechał. Rozejrzałam się po okolicy. Nada, pomyślałam. Rozumiem.

Adres apartamentu znałam już przed wyjazdem. Cieszyłam się jak zawsze widząc same pozytywy. Blisko bowiem znajdowała się plaża (Al Mamzar Beach), był też jakiś park… Będę miała gdzie biegać, myślałam radośnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że wszędobylski piach i place budowy na długi czas zniechęcą mnie skutecznie wychodzenia w mieszkania. Nie byłam bowiem w Dubaju. Byłam w Szardży. Ok. Technicznie rzecz biorąc byłam jeszcze w Dubaju, ale 15sto minutowy spacer wystarczył, abym znalazła się w innym emiracie, który – nie umniejszając zoliwie, nie dorastał Dubajowi do pięt. Wspominam o tym tylko i wyłącznie w jednym celu. Chcę zaznaczyć, że Dubaj – Złote Miasto to nie cały emirat o tej samej nazwie. To nie tylko ścisłe centrum, gdzie architektura budzi zachwyt, ludzie są piękni i eleganccy, a samochody jeżdżące po ulicach powodują przyspieszone bicie serca.

Oprócz niezbyt atrakcyjnych dzielnic ulokowanych bliżej bądź dalej Downtown i Mariny są dwa Dubaje: nowy i stary. Zacznijmy od nowego, bo go poznałam najpierw.

Dzielnica willowa
Dzielnica willowa

Luksusowo i szykownie

W pierwszych tygodniach mojego pobytu wybrałam się na spacer. Nie znając miasta, nie posiadając 3G w telefonie po omacku błądziłam między szklanymi drapaczami chmur. Dotarłam na Marinę, gdzie oślepiona mocnym słońcem rozświetlającym niebieskie niebo, a także jego promieniami odbijającymi się od wody i szyb budynków, stałam oniemiała wpatrując się w ten piękny obrazek. Białe jachty, lazurowa woda, ładne kawiarnie i restauracje… W tym miejscu chciało się żyć. Później trafiłam na plażę przy Palm Jumairah – to te „wyspy” układające się w palmę tworzące Dubaj jeszcze bardziej unikatowym. W zasadzie nic tam nie ma – same wille, hotele i prywatne plaże, ale zobaczyć nie zaszkodzi. Troszkę dalej w morze i na prawo znajdują się prawdziwe sztuczne wyspy, na których bogaci i zamożni tego świata moją swoje prywatne oazy spokoju lub zabawy.

 

Publiczne pasmo plażowe ciągnie się przez długi, długi odcinek wzdłuż morskiego nabrzeża. Najbardziej popularne plaże to: Jumeirah z imponującym Burj Al Arab – przeraźliwie drogim hotelem w kształcie żagla, kolejnym znakiem rozpoznawalnym Dubaju, oraz Kite, niemniej pozostałe plaże np. Riva, Niki czy Cove są równie mocno oblegane. Plaże Dubaju nie są bowiem jedynie piaszczystymi leżankami z dostępem do słonej wody – to ośrodki spotkań towarzyskich i imprez od rana do późnej nocy.

Ogródek jednej z wielu czarujących restauracji w Dubaju
Ogródek jednej z wielu czarujących restauracji w Dubaju
Burj Al Arab
Burj Al Arab
Dubai Fountain znajduje się tuż przed Burj Khalifą przy Dubai Mall. Wieczorem odbywają się dwa "przedstawienia" kiedy to fontanny "tańczą" do muzyki
Dubai Fountain znajduje się tuż przed Burj Khalifą przy Dubai Mall. Wieczorem odbywają się dwa „przedstawienia” kiedy to fontanny „tańczą” do muzyki
Budowla, palmy i światło
Budowla, palmy i światło
Panorama miasta
Panorama miasta

Dubajskie „naj”

Niezależnie od tego czy jesteś czy też, podobnie jak ja, nie jesteś fanem centrów handlowych, prędzej czy później tu trafisz. Jeśli nie na shopping to chociażby na spacer latem, kiedy to 50 stopni Celsiusa uniemożliwia wędrowanie na świeżym powietrzu. Przestrzeni do chodzenia w tejże klimatyzowanej i nowoczesnej budowli jest 502,000 m2. The Dubai Mall – bo o nim tu mowa, jest największym centrum handlowym na świecie. Wybudowany w 2008 roku przez EMAAR Properties zasilił szereg Dubajskich „naj”. Rok później stanęła obok niego Burj Khalifa – wieża Khalify (prezydenta UAE). Ukończenie budowli było dla Dubaju kolejnym powodem do dumy nie tylko ze względu na udany projekt uświetniający panoramę miasta. Pobity został kolejny rekord – oto powstał najwyższy budynek na świecie.

(Taipei 101 stracił to zaszczytne miano, jednak nadal znajduje się w jednym z najfajniejszych miast świata. Tajpej nie musi dowartościowywać się budowlami. Wystarczy spojrzeć na góry i skosztować jedzenia.)

Do największego centrum handlowego oraz najwyższego drapacza chmur na świecie dojazd umożliwia czerwona linia metra będąca swoją drogą, co w sumie nie zaskakuje, najdłuższą linią metra na świeci prowadzoną bez udziału człowieka siedzącego w pociągu. Tak! Dubai Metro nie posiada kierowcy. Czy kogoś może to jeszcze dziwić? Nah… przecież to Dubaj. Tu wszystko jest możliwe. 😉

Ta sama linia metra ciągnąca się niemal przez cały emirat w szerz prowadzi także do wcześniej wspomnianego Burj Al Arab. Oh! Burj Al Arab to najdroższy hotel na świecie z własnym lądowiskiem dla helikopterów. To jedyny (attention please…), powtarzam: jedyny (wait for it…) siedmiogwiazdkowy hotel na świcie. Da dam! Wejście „z ulicy” do hotelowej restauracji jest niemożliwe. Wymagana jest wcześniejsza rezerwacja, ale tak między nami… szczerze… wolałabym kupić samochód niż kawę w Al Mahara Restaurant. Just call me Mss Thrifty.

Burj Khalifa
Burj Khalifa
Kite Beach Jumeira
Kite Beach Jumeira
Plaża z panoramą miasta
Plaża z panoramą miasta
Al Mamzar Beach
Al Mamzar Beach

Podróże metrem w Dubaju są dobrym pomysłem. W godzinach szczytu można utknąć w najdłuższym i najwolniej poruszającym się korku świata szczególnie w okolicach lotniska. Kolokwialne określenie Sharjah traffic (nawiązujące nazwą do przygranicznego emiratu) wywodzi się głównie z tego, iż wiele z osób pracujących w Dubaju zamieszkuje dzielnice na pograniczu Dubaju (emiratu) lub w Sharjah właśnie. Powód?  Diametralne, kolosalne, niewyobrażalne i istotne dla budżetu przeciętnych imigrantów (zwłaszcza z Indii, Pakistanu itd.) różnice w cenach nieruchomości. Tak, tak… bez wątpienia Dubaj jest jednym z NAJdroższych miast świata. Wybierając podróż metrem warto mieć jednak na uwadze, iż w godzinach szczytu wielu ludzi również stawia na ten środek komunikacji. Czasem uda wcisnąć się do przedziału za trzecim podejściem, co nie jest aż takie straszne gdyż metro w tym czasie odjeżdża co 2 minuty. Jazda w stylu sardynek w puszce może być niezapomnianym przeżyciem. Podróżujesz przecież w najbardziej zatłoczonym wagonie na świecie (to naj akurat z przymrużeniem oka).

 

Dubajowi trzeba przyznać jeszcze jedno naj, a mianowicie najpiękniejszy ogród na pustyni. Miracle Garden to, jak nazwa wskazuje, kwiatowy ogród ulokowany w Dubailand. Jak większość w wymienionych wyżej atrakcji, jest całkiem nowym tworem. Otworzony został w 2013 roku z walentynki, co może tłumaczyć, dlaczego w ogrodzie znajduje się dużo kompozycji nawiązujących do miłości (serca, łabędzie itd.). Rok temu, w 2015 roku Dubai Miracle Garden zdobył nawet jakąś nagrodę. Poza spacerem w barwnym otoczeniu i cieszeniem oczu magicznymi kompozycjami, odwiedzający mogą odwiedzić motyle przebywające w bardzo komfortowych warunkach, w specjalnym pomieszczeniu, gdzie spokojnie wiodą swoje krótkie acz przyjemne owadzie życie.

Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand
Miracle Garden, Dubailand

Dubai Old Town za grosze

Deira to dzielnica, która bez wątpienia zasłużyła na miano starej części miasta. Pod to określenie podpiąć można również Al Karama, dystrykt znajdujący się po drugiej stronie Dubai Creek – rzeki wpływającej w ląd z wód Zatoki Perskiej. Obecnie dzielnice zamieszkiwane są głównie przez ludność pakistańską i arabską reprezentującą średnią klasę robotniczą. Emiratis dawno przenieśli się do nowej części Dubaju. Im nie przystoi już zamieszkiwanie tych terenów.

Przez Dubai Creek przeprawić się można w przyjemny sposób, a mianowicie za pomocą łódeczki o napędzie motorowym. Koszt podróży z jednej strony na drugą to 1 AED, czyli w przybliżeniu 1 PLN. Niemal nic, a tyle zabawy!

Old Dubai
Old Dubai
Gold Town
Gold Town
Old Town - Gold Town
Old Town – Gold Town
Stare miasto
Stare miasto
Przeprawa przez rzekę :)
Przeprawa przez rzekę 🙂
Łodzie
Łodzie
Łódeczki
Łódeczki
Dubai Creek, Deira
Dubai Creek, Deira

W starym mieście warto odwiedzić Women’s Museum (3 AED), w którym można dowiedzieć się co nieco o życiu kobiet w świecie arabskim ze szczególnym uwzględnieniem the UAE. Nie nastawiajcie się jednak na historię bez cenzury i propagandy. Następnie polecam udać się nad rzekę do jednej z Al Sabkha Water Taxi Station zahaczając o targowiska (o których za chwilę), aby za pomocą wspomnianej wcześniej łódeczki udać się na drugi brzeg.

Al Fahidi Fort i Grand Mosque to miejsca warte uwagi. Niemniej troszkę dalej znajduje się Al Bastakiya, której to właśnie nie wolno przegapić. Al Fahidi Historical Neighbourhood znane również jako Al Bastakiya jedno z nielicznych miejsc, które uchowało się z Al Fahidi Historical Neighbourhood będący niegdyś całym dystryktem. Po interwencji pewnego brytyjskiego architekta, który zakupił tam dom obszar poddany został renowacji. Obecnie przyciąga mieszkańców, artystów, czasem nawet bardziej dociekliwych turystów.

Nieopodal tych punktów znajduje się Arabian Tea House. Restauracja, w której skosztować można tradycyjnej arabskiej kuchni oraz herbat serwowanych w klasycznym dla tej kultury stylu. W Arabian Tea House nie tylko rozpieszczasz zmysły smaku, ale również wzroku. To miejsce o przepięknym wystroju wnętrza z przyjazną obsługą, w którym rozkoszować się możesz cudowną, sielską atmosferą.

Grand Mosque
Grand Mosque
Al Fahidi Fort
Al Fahidi Fort
Arabian Tea House Restaurant and Cafe
Arabian Tea House Restaurant and Cafe
Herbatka w Arabian Tea House
Herbatka w Arabian Tea House

Na ryneczek!

Souk bądź souq, czyli po prostu: rynek, bazar. Te miejsca należą do tradycyjnej części Dubaju. Oczywiście używając określenia „souk” nie mam na myśli hipsterskich marketów na powietrzu, gdzie stragany wypełnione są organiczną żywnością a ceny ustalone i jasno określone. Nawiązuję do prawdziwych arabskich targowisk, na których kupcy, sprzedawcy i kupujący targują się zawzięcie o każdego dirhama. W starym Dubaju, czyli dzielnicach: Deira, Al Ras i przy Dubai Creek w Bur Dubai, Al. Karama znajduje się cała masa souków podzielonych tematycznie od złota poczynając, przez perfumy i tkaniny, na przyprawach i rybach kończąc. Znajdziemy zatem: Naif Souk, Old Souk (przyprawy, kawa, jedzenie), Gold Souk, Deira Perfume souk, Fish Market, Textile Souk, Souk Al Bahar, Bur Dubai Souk, Al Fahidi Souk etc. Wszystko to połączone z turystyką -pamiątki dostępne są niemal na każdym straganie. Przechadzając się wolnym krokiem nieustannie słyszeć będziesz nawoływania, pogawędki. „Shakira” to imię, które miejscowi sobie upodobali i zwracają się za jego pomocą do kobiet – potencjalnych klientek. Oprócz kilku imion rzucanych tu i ówdzie naganiacze mówią w różnych językach wabiąc przechodniów. Angielski, arabski, niemiecki, rosyjski miksują się i niosą po bazarach. Niektórzy ze sprzedawców dobrze operują również językiem polskim! No i nie kupisz u takiego shawarma spice czy tego magnesu na lodówkę?

Arabowie są bardzo cwani i przebiegli. Nie przepuszczą więc żadnej okazji do zarobku. Na ryneczkach panuje jedna, jedyna oraz kluczowa zasada: trzeba się targować. Ceny są bowiem wywindowane w górę kolosalnie. Kupujący o średnim stopniu zaawansowania z łatwością może zbić cenę o 30-40%. Bardziej utalentowani i wyćwiczeni potrafią zejść nawet o 60%, ale to już mistrzowie z wieloletnią praktyką. Ja jak szalona targuję się na bazarach w Maroko, ale od tych cwaniaków w Deira zawsze kupuję bez najmniejszego „ale”. Czas to zmienić.

Gold Souk
Gold Souk
Souk
Souk

Czarny rynek

Na bazarkach i ulicznych marketach kupisz wszystko. Nie tylko produkty legalne, które wyeksponowane są na półkach. Zaraz, zaraz… nie mówię o alkoholu – od tego są specjalne sklepy z sekretnym asortymentem w stylu „wóda spod lady” jak w PRL-u, ani o nielegalnych używkach. Idąc ulicą spotkać możesz mężczyzn dołączających do ciebie, wyrzucających z siebie, jakby nigdy nic szereg słów typu: bags, watches, shoes, Louis Vuitton, Prada, Chanel… Zainteresowany? Świetnie! Podążasz za panem albo do sklepu, albo do mieszkania w pobliskim bloku. Drzwi zostają zamknięte na klucz a na stół trafiają kolejno przedmioty zainteresowania. Ceny nie są niskie, jednak dużo niższe niż zakup produktu w sklepie. Mówimy przecież o największych, światowych markach. Poza tym tutaj, na tym bliżej niesprecyzowanym czarnym rynku panuje ta sama zasada, co w soukach – Trzeba się targować.

 

Całkiem ciekawy ten nasz Dubaj, a tyle jeszcze zostało do odkrycia! 🙂

 

Ojej! Tajpej!

No i stało się! Nareszcie mój wymarzony Tajpej przestał być jedynie snem a stał się jawą. Rzeczywistością. Mając w pamięci minione zdarzenia, w wyniku których żadne z trzech planowanych wypadów nie doszło do skutku, patrzyłam na to moje „6366 TPE” w rosterze troszkę nieufnie. No dobrze… bardzo nieufnie. Giga-sceptycznie.

Czytaj dalej Ojej! Tajpej!

Mea Culpa – Dylematy dnia codziennego

Tu-du-du-dum! Moja pierwsza książka jest ukończona. Ta-da! (Ukłony)

Dziękuję za oklaski i gratulacje, lecz wstrzymajcie się z nimi. Błagam! Książka ukończona została tak naprawdę już jakiś czas temu, lecz przeprowadzka do Dubaju podcięła mi nieco skrzydła… Odwróciła moją uwagę – to zdecydowanie trafniejsze określenie. 😉

Książka kurzy się więc w plikach na moim komputerze już od stycznia tego roku. W między czasie ruszyłam z tym cudownym blogiem i zaczęłam pisać nową książkę. Aż wstyd mi patrzeć na The Redhead, Daleko za Oceanem. Dobrze, że książki nie potrafią mówić…

Czytaj dalej Mea Culpa – Dylematy dnia codziennego

Ek in Kaapstad

Type A

– No, no, no… Honestly, Taipei is the best destination – oczy CSV z Kenii błyszczały z ekscytacji na samo wspomnienie niedawno odwiedzonego miasta.

– Maaaybe… the best that we fly to – wtrąciła Niki stojąca po mojej prawej.

– Well… yeah. That’s true. The best layover. But we stay in Maldives during that multisector… – Claire odpowiedziała Serbce, po czym zbyła wątek machnięciem ręki – Anyway… Taipei! My favorite one!

– Completely agree – Lin twierdząco pokiwała głową uśmiechając się znacząco. Na jej twarzy malowała się duma.

– Are you from Taiwan, Lin? – Zapytała Yu Tang aka “Cherry”.

– Yes, I am. You are from… China, Cherry?

Czytaj dalej Ek in Kaapstad

Love is…

Love is all around;

Love is all you need;

Love is in the air;

Love is an open door;

Love is blind…

What is love?

 

Pytam poważnie. Czym jest miłość? Jedno jest pewne: tematem tak wyświechtanym, że w pierwszym odruchu aż głupio go poruszać. Nie oznacza to oczywiście, iż nie warto.

Może należy inaczej postawić pytanie? Może warto zapytać: czego oczekujesz od miłości? Wszak każdy z nas ma inne oczekiwania. Odsuńmy miłość do członków rodziny na boczek, gdyż nie tą odmianą tego uczucia będziemy się zajmować w niniejszym wątku. Uczuciem… Uczuciem czego? Ano właśnie…

Czytaj dalej Love is…

EmocjonalNIE

Czym są emocje? Dlaczego czasem coś odczuwamy mocno i intensywnie a innym razem rzeczy, które nas spotykają – się przytrafiają, przychodzą i odchodzą pozostawiając nas w stanie zupełnie nienaruszonym? Bez żadnej reakcji. No… może delikatnie wzruszymy ramionami z obojętnością.

Nie wiem. Nie odpowiem więc na te pytania.

Kilka dni temu umarł mój kuzyn. Miał 20 lat. Mieszkał w jednej z sypialnianych miejscowości znajdujących się w okolicach Nowego Yorku. Był miłym i grzecznym chłopakiem mającym przed sobą całkiem spory kawał życia. Pewnej nocy wyszedł z domu (ponoć) w celu zakupienia narkotyków. Znaleziono go martwego następnego dnia rano. Życie. Takie jest życie… może sam się o to prosił?

Czytaj dalej EmocjonalNIE

Istota nocnych myśli

Mój ulubiony pisarz – John Steinbeck – w jednej ze swoich powieści pisał: „Czasami chciałbym znać istotę nocnych myśli. Są bardzo pokrewne snom. Raz mogę nimi kierować, a znowu kiedy indziej robią, co chcą, i gnają przeze mnie jak silne, nieokiełznane konie”.
Dla mnie noc ma w sobie moc uwrażliwiania na rzeczy, które na co dzień kryją się za jakimś murem. Podobnie jak bohater powieści Steinbecka nie wiem, jak to się dzieje. Za dnia również ulegamy nieraz zamyśleniu, a mimo to myśli te nie mają takiego intymnego charakteru. Inne sprawy nabierają znaczenia.

Czytaj dalej Istota nocnych myśli

We’re stars on a starry sky

Once upon a time in a sort of goldish land there was a girl with red hair. She was a real star on the blue sky but the sky was littered with millions of stars…

Moja praca to show. To przedstawienie. Jesteśmy gwiazdami w tym spektaklu a kabina samolotu to nasza scena. Tak przynajmniej mówią nam w ramach systematycznie odbywającego się prania mózgów. Generalnie wielu z nas śmieje się z tego wszystkiego do rozpuku przy każdej okazji, wywraca oczami tak samo jak i ja, jednak wszyscy pięknie się uśmiechamy i bijemy brawo po wysłuchaniu kolejnej motywującej przemowy któregoś z zacnych pracowników firmy nas zatrudniającej. Czasem nawet łezka – prawdziwa łza!, zakręci się w oku ze wzruszenia jacy my wspaniali jesteśmy. Pewnie, że jesteśmy, ale oni są jeszcze lepsi. „Oni” czyli wszyscy w Firmie odpowiedzialni za propagandę. To nie jest ironia ani sarkazm. Ja naprawdę uważam, że Oni wykonują świetną robotę. Inspirują pracowników, podnoszą ich morale, motywują do pracy, ale co najważniejsze dobrze wykonują swoją pracę. I prawda jest taka, że potrafią rozrzucić trochę magii tu i ówdzie.

Czytaj dalej We’re stars on a starry sky

Mężczyźni

Wczoraj obudziłam się z nieodpartą ochotą robienia zdjęć innym sprzętem niż mój iPhone. Nie mogę narzekać na jakość tych, które wykonałam za pomocą aparatu w telefonie niemniej zapragnęłam czegoś bardziej… profesjonalnego. Kupiłam więc aparat. Piękną lustrzankę Nikona. Dziś ją otrzymałam. Rozpakowałam karton, zdzierając folię go owijającą z podobną (lub większą) pasją, co dziecko otwierające prezent gwiazdkowy. Przewertowałam instrukcję obsługi urządzenia zastanawiając się, czy ludzie naprawdę czytają instrukcje dołączane do produktów. Po kilku chwilach wszystko było gotowe… Ja i Nikon byliśmy gotowi. Poszliśmy na spacer.

Czytaj dalej Mężczyźni