Krótko o „The Redhead. Daleki za Oceanem” i moich uczuciach związanych z publikacją

Pozwól, że zabiorę Cię na małą wycieczkę. Cofnijmy się kilka lat wstecz. Wciąż jest tak, jak było. Właściwie nic się nie zmieniło. Wszystko wygląda podobnie. No… Może technologia poszła trochę naprzód i hitem jest iPhone7, a nie iPhone 5, ale jednak nic nie zmieniło się tak mocno, abyśmy mieli do czynienia z kompletnie odmiennym światem – abstrakcyjną rzeczywistością.

Nic się nie zmieniło? Ależ niezupełnie. Zmieniłam się ja.

Czy zmienił się Twój świat? Tego nie mogę stwierdzić, lecz mój świat wywrócił się do góry nogami.

„I jak to się stało?” Zapytasz. Z pewnością nie zdarzyło się to w ułamku sekundy. Proces zajął mi dwa, nawet trzy lata i trwa nadal. Robię krok w tył, kilka kroków w przód, tu się potknę, tu upadnę, gdzie indziej podskoczę, przeskoczę przeszkodę i nadrobię zaległości.

Ta książka nie opowiada o tym, jak się zmieniłam. Jest bardziej o tym, jak się zmieniałam. Ta książka opowiada o tym, co budowało moje życie, co było ważne i co kochałam. Co nadal kocham.

***

Jakoś tak dziwnie się czuję, gdy ktoś pyta o moją książkę, gratuluje, wyraża chęć przeczytania… Czuję się niepewnie. Jestem trochę poddenerwowana i poniekąd zagubiona. To takie dziwne! Takie niecodzienne! Zrealizowałam moje marzenie, a jednak schowałabym się pod kołdrę…

Jednak z drugiej strony lubię rozmawiać o zawartości The Redhead. Lubię rozmawiać o tym, co zawiera. No… może z wyjątkiem wątku damsko-męskiego w pewnym sensie budującego książkę – będącego swoistym szkieletem… Niemniej uwielbiam każde pojedyncze słowo, które tam się znajduje. Każde zdanie, każdy fakt, każdy szczegół. Zwłaszcza te mówiące o Teksasie, Teksańczykach, imigrantach i ich sytuacji w USA, gdyż uważam je za wartościowe i interesujące.

Czy to w ogóle ma jakiś sens?

Mimo wszystko, a może właśnie przez ten emocjonalny rollercoaster szalejący w mojej głowie, napisałam swoją własną recenzję The Redhead. Daleki za oceanem.   Krótko i na temat… 😉

***

The Readhead. Daleki za oceanem jest książką opowiadającą o doświadczeniach i przemyśleniach dziewczyny niepewnej siebie, może nawet delikatnie zagubionej, jednak posiadającą w sobie wolę walki i determinację. Miłość przepełniająca jej duszę jest w pewnym sensie motywem przewodnim tej powieści. Uczucie, o którym tu mowa nie jest żywione jedynie do drugiej osoby. W książce mamy do czynienia z wieloma obliczami miłości: do ludzi, do kraju, do podróży, do przygody, do historii, do marketingu i z czasem również do siebie. Możemy oczami narratorki zobaczyć niesamowite miejsca przez nią zobaczone oraz poznawać ludzi przez nią poznanych. To coś więcej niż opowieść o poszukiwaniu miłości. Jest to opowieść o poszukiwaniu siebie w świecie fascynującym i nowym, a także w swoim umyśle.

***

Jeśli macie ochotę przeczytać wywiad ze mną – znajdziecie go na stronie wydawnictwa Dygresje, o tutaj. 🙂

A książka do zamówienia tutaj i do kupienia w księgarniach. 🙂

Oh! I odpaliłam też stronę The Redhead na Facebooku. To tak gdybyście mieli ochotę podróżować ze mną. 🙂

You’re here. Again.

What you’re doing here?

When you’re home

Alone…

Again.

 

Nothing’s done

Still the same

Even you…

Changeless.

 

What you’re doing whole your day?

Round the clock…

Are you here?

Nothing’s changed.

 

How about going out?

Disappearing…

No… You’re here

Still the same.

Jaki był ten rok, co darował, co wziął?

Późno już otwiera się noc

Sen podchodzi do drzwi na palcach jak kot

Nadchodzi czas ucieczki na aut

Gdy kolejny mój dzień wspomnieniem się stał

 

Jaki był ten dzień, co darował co wziął?

Czy mnie wyniósł pod niebo czy rzucił na dno?

Jaki był ten dzień czy coś zmienił czy nie?

Czy był tylko nadzieją na dobre i złe?

 

Znasz piosenkę „Jaki był ten dzień?” zespołu Turbo? Pamiętam, jak śpiewaliśmy ją przy ognisku podczas obozów harcerskich czy przy innych harcerskich okazjach np. zbiórkach bądź wspólnych wyjściach drużyny. Możliwe, że to dzięki tej piosence zachody słońca są dla mnie zjawiskiem nakłaniającym do refleksji. Lubię poddać mijający dzień kontemplacji, przemyśleć to i owo, pogodzić się z nieprzyjemnymi zdarzeniami i znaleźć ich rozwiązanie, a także podziękować za dobre chwile, pogratulować sobie zdobycia kolejnego kamienia milowego. Cały proces zajmuje chwilę, dokonuje się w przeciągu kilku minut. Wszak to tylko jeden dzień.

Co się stanie, jeśli spojrzymy wstecz dalej? Głębiej? Jeśli ocenimy cały mijający rok? Końcówka roku kalendarzowego to odpowiedni czas dla każdego z nas. Już wkrótce pożegnamy 2016 witając tym samym rok 2017, a ja dodatkowo, kilka dni później – 13 stycznia, rozpocznę kolejny rok mojego życia. Potrzeba ewaluacji mijającego roku jest więc w moim przypadku podwójna. Poza tym… każdy pretekst do przemyśleń i analizy jest dobry. 😉

 

Zatem… Jaki był ten rok?

W grudniu 2015 roku, nie mogąc doczekać się przygód zaplanowanych na 2016 napisałam na okładce kalendarza na nowy rok „It’s gonna be an awesome year”. Tak też się stało. Mijający rok przyniósł wiele dobrego.

  • Rozpoczęłam nową pracę, która dosłownie i w przenośni wyniosła mnie pod niebo.
  • Dzięki temu znalazłam balans między pracą a pasjami, mogłam więc podróżować, doświadczać, odkrywać i… pisać. Sama nie wiem, co był większą „pracą”. Zajęcie, za którego wykonywanie dostawałam pieniądze czy praca nad książką.
  • O! Właśnie! Książka. Na początku roku finalnie ukończyłam pisanie książki, wybrałam wydawnictwo, podpisałam umowę i zdecydowałam się ją wydać, Książka ukaże się już wkrótce, bo w pierwszej połowie 2017 roku.
  • Poznałam wielu wspaniałych ludzi i nawiązałam kilka przyjaźni – mam nadzieję, że na całe życie.
  • Zauroczyłam się raz.
  • Odwiedziłam ok. 20 państw.
  • Zdobyłam kilka szczytów odkrywając w sobie ogromną miłość do gór i wspinaczki.
  • Postanowiłam przebiec maraton, zapisałam się na kurs tenisa i rozpoczęłam pracę nad nową książką.

Wydarzyło się jednak coś, co sprawiło, że los się odwrócił. Zostałam rzucona na dno. W przeciągu kilku tygodni utraciłam wszystko, co dotychczas nadawało sens mojemu życiu. Złamałam szyjkę kości udowej, a dokładniej szyjka kości udowej zdecydowała się pęknąć i finalnie złamała kompletnie. Poniosło to za sobą poważne konsekwencje. Nie dość, że straciłam możliwość poruszania się w ogóle, o bieganiu, wspinaczkach czy tenisie nawet nie wspominając, to w dodatku wymarzona dla mnie praca stanęła pod znakiem zapytania. Widzieliście kiedyś stewardesę chodzącą o kulach po pokładzie samolotu? Ja również nie.

Całe moje życie, które skrzętnie budowałam miało runąć niczym domek z kart. Nie mogłam na to pozwolić. Mogłam zrezygnować z maratonu, gdyż za rok będzie kolejny. Mogłam odsunąć w czasie kurs tenisa, gdyż będę miała jeszcze wystarczająco czasu, aby opanować ten sport do perfekcji. Nie mam zamiaru jednak odpuścić, poddać się i zrezygnować z aktualnego wykonywania zawodu. Nie zamierzam się poddać w żadnym aspekcie.

W San Francisco kupiłam taką naklejkę, którą przykleiłam na laptopa. Naklejka przedstawia Fridę-kościotrupa z podpisem „No te rajes” (po hiszp. – nie poddawaj się). Gdybym wierzyła w przeznaczenie… 😉

 

Czasami trzeba zwolnić lub nawet się zatrzymać, aby później móc biec szybciej. Czasem trzeba coś stracić, aby móc na nowo się tym cieszyć.

Według lekarzy mam znacznie mniej niż 50% szans na odzyskanie sprawności w nodze. Według mnie to zawsze więcej niż 0% szans na powodzenie.

I jeszcze coś:    

Usprawiedliwienie

W ostatnim miesiącu byłam trochę zajęta. Nie tylko dużo latam, ale również przeprowadziłam się z mojej cudownej wioski hinduskiej – o której wspomniałam w poprzednim poście, do Miasta. Mój apartament znajduje się teraz przy długiej, biegnącej niemal przez cały emirat, bardzo popularnej ulicy noszącej dumną nazwę „Sheikh Zayed Road”. Nazwa oczywiście na cześć jednego ze wspaniałych władców the UAE imieniem Zayed, którego ojcem był Sultan Al Nahyan (Zayed bin Sultan Al Nahyan tak brzmi jego imię, gdzie „bin” po arabsku znaczy to samo co „Mc” po szkocku, czyli „syn” [son of]). Widok z 24 piętra powala, lokalizacja jest tak idealna, że trudno o idealniejszą… Czytaj dalej Usprawiedliwienie

Almadinat Aldhdhahabia – Złote Miasto

Dawno, dawno temu w obszarze geograficznym nazywanym przez niektórych „Bliskim Wschodem”, tuż nad Zatoką Arabską była sobie mała wioska rybacka, której mieszkańcy częściej niż ryby wyławiali z morza perły. Miejscowość nie wyróżniała się pod żadnym względem. Nie była atrakcyjna turystycznie ani zarobkowo. Ot, zwyczajna pustynia z tym, że z portem i z perłami… Czytaj dalej Almadinat Aldhdhahabia – Złote Miasto

Ojej! Tajpej!

No i stało się! Nareszcie mój wymarzony Tajpej przestał być jedynie snem a stał się jawą. Rzeczywistością. Mając w pamięci minione zdarzenia, w wyniku których żadne z trzech planowanych wypadów nie doszło do skutku, patrzyłam na to moje „6366 TPE” w rosterze troszkę nieufnie. No dobrze… bardzo nieufnie. Giga-sceptycznie.

Czytaj dalej Ojej! Tajpej!

Mea Culpa – Dylematy dnia codziennego

Tu-du-du-dum! Moja pierwsza książka jest ukończona. Ta-da! (Ukłony)

Dziękuję za oklaski i gratulacje, lecz wstrzymajcie się z nimi. Błagam! Książka ukończona została tak naprawdę już jakiś czas temu, lecz przeprowadzka do Dubaju podcięła mi nieco skrzydła… Odwróciła moją uwagę – to zdecydowanie trafniejsze określenie. 😉

Książka kurzy się więc w plikach na moim komputerze już od stycznia tego roku. W między czasie ruszyłam z tym cudownym blogiem i zaczęłam pisać nową książkę. Aż wstyd mi patrzeć na The Redhead, Daleko za Oceanem. Dobrze, że książki nie potrafią mówić…

Czytaj dalej Mea Culpa – Dylematy dnia codziennego

Ek in Kaapstad

Type A

– No, no, no… Honestly, Taipei is the best destination – oczy CSV z Kenii błyszczały z ekscytacji na samo wspomnienie niedawno odwiedzonego miasta.

– Maaaybe… the best that we fly to – wtrąciła Niki stojąca po mojej prawej.

– Well… yeah. That’s true. The best layover. But we stay in Maldives during that multisector… – Claire odpowiedziała Serbce, po czym zbyła wątek machnięciem ręki – Anyway… Taipei! My favorite one!

– Completely agree – Lin twierdząco pokiwała głową uśmiechając się znacząco. Na jej twarzy malowała się duma.

– Are you from Taiwan, Lin? – Zapytała Yu Tang aka “Cherry”.

– Yes, I am. You are from… China, Cherry?

Czytaj dalej Ek in Kaapstad

Love is…

Love is all around;

Love is all you need;

Love is in the air;

Love is an open door;

Love is blind…

What is love?

 

Pytam poważnie. Czym jest miłość? Jedno jest pewne: tematem tak wyświechtanym, że w pierwszym odruchu aż głupio go poruszać. Nie oznacza to oczywiście, iż nie warto.

Może należy inaczej postawić pytanie? Może warto zapytać: czego oczekujesz od miłości? Wszak każdy z nas ma inne oczekiwania. Odsuńmy miłość do członków rodziny na boczek, gdyż nie tą odmianą tego uczucia będziemy się zajmować w niniejszym wątku. Uczuciem… Uczuciem czego? Ano właśnie…

Czytaj dalej Love is…